SFT poleca: "Czerwony Tybet" Roberta Stefanickiego

Poniżej publikujemy recenzję książki "Czerwony Tybet", najnowszej książki o Tybecie autorstwa Roberta Stefanickiego, dziennikarza Gazety Wyborczej od wielu lat piszącego m.in. na tematy sytuacji praw człowieka i polityki w Tybecie. Wywiad z autorem ukazał się kilka dni temu na stronie RatujTybet. Ponieważ działania na rzecz Tybetu wymagają wiedzy na temat aktualnej sytuacji w tym kraju planujemy cykl recenzji publikacji "podstawowych" dla każdego aktywisty i aktywistki. Rozpoczynamy go najnowszą na rynku pozycją - i polecamy recenzję autorstwa członkini SFT Jagody - która przeczytała książkę od deski do deski!


12 lat – w ich przeciągu wiele może się zmienić, wydarzyć, dokonać. Zwykło się odliczać czas ludzką, indywidualną miarą; co jednak z tworami większymi - społecznościami, państwami, kulturą? Historia – wbrew pozorom – przechodzi nieustanny update, będąc tylko o mały krok za teraźniejszością. Potwierdzenie tego zjawiska można znaleźć między wierszami podróży Roberta Stefanickiego, którego "Czerwony Tybet" jest właśnie zapisem 12-letnich, czynnych obserwacji z Dachu Świata. 

Autor odwiedził Tybet w 2001, 2006 i 2013 roku, chociaż słowo "odwiedziny" nie jest tu chyba najbardziej odpowiednie. Na łamach ponad 400-stronicowej książki, zamienia się w kompetentnego przewodnika po obrośniętej mitami i w rzeczywistości nieistniejącej krainie Shangri-La. Zapożycza się jednak u miejscowych – rinpoczów, profesorów, mnichów, nomadów i w końcu zwykłych obywateli (chociaż obywateli czego tak naprawdę?) – by jego obserwacje nie były jedynie antropologiczno-podróżniczą nakładką na, jakby nie patrzeć, delikatnie różną rzeczywistość. Co zatem otrzymuje czytelnik? Rzetelną relację, ucinającą jak buddyjska phurba, wszelkie mityczne wątpliwości i orientalne dywagacje.

Zgrabne i zwięzłe rozdziały, historyczne fakty używane na potrzebę chwili i wyjaśnień, bogate terminy ubrane w przystępne słowa, niebezpośrednie tytuły zachęcające do lektury, a przede wszystkim nieodparte wrażenie, że Lhasa i opisywane lokacje materializują się w procesie brnięcia przez książkę.

Czym jest Tybet? Czym jest "Czerwony Tybet"? Czym jest Nowy Tybet i gdzie w takim razie podział się stary? Nie jest tym, czym się jawi w bajkowych wizjach podtrzymywanych stale i niezmiennie w rzekomo racjonalnych umysłach. Czerwony? Bliskość, a raczej irytująca obecność Chin jednoznacznie wskazuje na flagę i wypełniający ją komunizm - ten "nie ma daty ważności" (40). Stare, utrwalone w zapiskach i zbiorowej pamięci reminiscencje opiewające Dach Świata, należy odłożyć na bok. Lhasa, "miejsce bogów (a raczej bóstw)", "miasto-ogród" (422), kojarzona z monumentalną Potalą i świętym Dżokhangiem, przemienia się w zwykłą, chińską, konsumpcyjną przestrzeń – centrum handlowe Barkhor, podziemny parking, ekskluzywny hotel o przewrotnej nazwie "Paradise", zakłamani przewodnicy i muzealna męka - nie powinna więc dziwić reakcja Stefanickiego, który w 2013 roku stwierdził, że owej stolicy nie poznał (378). Lhasa wprawdzie pars pro toto całego Tybetu nie jest, duże kwantyfikatory niekoniecznie są użyteczne w precyzyjnym orzekaniu, ale znaczące, mocne i dlatego też z pewnością zasadne jest porównanie do KRLD, "gdzie niezależne doniesienia pochodzą wyłącznie od uciekinierów" (343). 

Winno się także i oczywiście rozgraniczyć Tybetański Region Autonomiczny od pozostałych części, które dla "macierzy" nie są Tybetem w ogóle (to jednak tłumaczy dosyć przejrzyście sam autor).

Właśnie. Co do dwóch prawd – jest ich więcej niż mnóstwo; ich szczytem (nawet na poziomie językowym) jest istnienie tybetańskiej dzielnicy (!) w Lhasie. Wyobraźmy sobie analogicznie polski dystrykt w Warszawie. "Tybetańskie miasta mają rozdwojenie jaźni" (153) – jak ma być inaczej, skoro dobudowuje się im drugą Potalę, by prawie 24/7 odgrywać przed nią propagandowy majstersztyk w postaci wyświechtanej opery o niejakiej księżniczce Wencheng? To podobno za jej niczym matczyną sprawą Kraina Śniegu została ucywilizowana i postawiona na buddyjskie cztery łapy. Wyreżyserowany spektakl krzyczy śpiewnym głosem, że Chiny i Tybet to jedna rodzina, której członkowie familijnie czczą żywych buddów (tj. komunistycznych przywódców). Dalaj ze swoją kliką jest przecież separatystą, który w poprzednich wcieleniach trwał na tronie feudalnego wyzysku - to właśnie z tych łańcuchów matka wyzwoliła swoje dzieci (problem w tym, że Tybetańczycy pojmują wyzwolenie w duchowo-buddyjski sposób). Frazesów wypowiadanych na okrągło odmiennymi tylko słowami jest multum. Ich synekdochą niech będzie chińskie określenie Tybetu - Xizang, co oznacza mniej więcej "Dom Zachodnich Skarbów". Szkoda tylko, że skarby te najpierw zniszczono, a teraz odbudowuje się je w sposób fasadowy (stupa bez relikwii chyba nie jest już stupą właściwą...). W dodatku dom ten nie ma gospodarza - jego tron czeka od lat pusty, zbierając coraz to większe pokłady mentalnego kurzu.

Cóż jeszcze odstaje od wygodnej wizji rzeczywistości? Język tybetański nie jest dosyć praktycznym w życiu codziennym jego użytkowników – nie z wyboru; w tym miejscu zaświeca się czerwona lampka dyskryminacji ze strony "żółtego zagrożenia" (259). Spoglądając bardziej globalnie, zakłamana wydaje się też być różowa więź przyjaźni łączącej Zachód z Tybetem. Po pierwsze dla Europy było to zawsze miejsce magiczne, zatem stereotypy miały i mają ciągle możliwość budowania miłego przytułku własnej ekspansji. Westernizacja w tym przypadku nie sprowadza się do powszechnie znanej mcdonalyzacji - to owe stereotypy odgrywają skutecznie rolę negatywnego bohatera, tworząc zmyślony wizerunek, który "zjadacze campy" przyjmują za faktyczny. "Więźniowie Shangri-La" Lopeza są ubierani w nowe, ekologiczno-pacyfistyczne szaty utkane z zachodnich nici - całość składa się na wysokiej jakości "ekran do wyświetlania zachodnich fantazji" (283). Ładne obrazki sprzedają się całkiem dobrze, ale ich podłoże nie jest grą wartą świeczki - wsparcie uzyskiwane przez tybetańską diasporę jest iluzoryczne, niestety.

Stefanicki nie ogranicza się jednak do utyskiwania nad współczesną sytuacją Tybetu - zagląda pod jej ciężką pokrywę, co okazuje się stanowić sedno demitologizacji. Aktywiści i im podobni wołają o wolny Tybet, demokrację na Dachu Świata, wypędzenie Chin etc., pozostawiając w swoich sloganach lukę dla ewentualnej alternatywy. Czym jest wolność i czym byłaby ona w tej konkretnym przypadku? "Powrotem na stare koleiny" (59). "Gdzie byłby Tybet? Tam, gdzie 50 lat temu – w feudalnym, zacofanym, brudnym grajdole" (64). 38 lat oficjalnej (lecz nie na arenie międzynarodowej), minionej już niepodległości potwierdziło obawy respondentów autora – egoistycznie zapatrzone władze nie wykorzystały 5 minut swojego kraju (o ile w ogóle mieli poczucie takiej identyfikacji i potrzeby), a zrozumienie niekorzystnych wydarzeń pojawiło się w ich umysłach zdecydowanie za późno. "Tybet był w XX wieku średniowiecznym państwem w nowoczesnym świecie" (41) – biorąc pod uwagę, że przed chińską inwazją posługiwano się systemem sprawiedliwości zaczerpniętym z ... VII wieku, stwierdzenie to nie powinno być zaskoczeniem. Brak globalizacyjnych apetytów, skorumpowanie i ograniczenie - przedokupacyjna mieszanka pachnąca zjełczałym masłem odstawia na bok egzotyczne imaginacje.

Co więc z tą niepodległością? Debata (nie ta klasztorna) trwa, przyjmując często ambiwalentne ciosy, nie przechylając się jeszcze znacznie w którąś ze stron. Możliwe rozwiązania? Możliwych brak. Tym bardziej, że tzw. poczucie tybetańskości to stosunkowo świeży wynalazek. Samospalenia? Zachód ich chyba nie rozumie; tego, w jaki sposób miałyby pomóc w osiągnięciu czegokolwiek. Początkowe zainteresowanie (jakkolwiek nieadekwatnie to brzmi) sprawą nie przełożyło się na postępowanie tych zainteresowanych, dlatego polityczny benefit Dharamsali w postaci co najmniej rozgłosu, okazał się być pustym strzałem irracjonalnej nadziei. Ludzie giną na próżno. Wielu ludzi.

Czy da się coś w związku z tym orzec o przyszłości? Wyczekuje się wskazówki, werbalnej lub nie, od nieskazitelnego jak Matka Boska (88) Dalajlamy. Jego XIV inkarnacja jest czymś wyższym niż autorytet, wykracza poza schematy wiary i oddania. Od podjętej przezeń decyzji, dotyczącej przede wszystkim następnego wcielenia, zależy dosyć dużo. Wizja Stefanickiego nie emanuje jednak optymizmem, dlatego na zakończenie posługuje się na wpół utopijnym życzeniem męża popularnej blogerki Oser - umieszcza on XV chłopca w zachodnim świecie, z blond włosami i nową siłą sprawczą.

Tym samym autor nie wysuwa swoich poglądów na pierwszy plan, poddając pisarskie ego tokowi mających się pojawić zjawisk. Nie udziela czarno-białych odpowiedzi na rzucone w zawieszony eter pytania, nie ocenia, zachowując emocjonalny dystans, który nie odsuwa go od tybetańskich realiów. Zwiedza w chińskim tłumie Potalę, dzieli poczucie zagrożenia swoich rozmówców, widzi szczęście ostatniej wolności na twarzach nomadów, nie daje się wpleść w propagandową maszynkę. I co najważniejsze - ma świadomość, że to nie Chińczycy są źli, tylko rządy będące strukturą ich świadomości. "Nie da się zrozumieć krzywdy Tybetu bez zrozumienia krzywdy zadanej Chinom przez komunizm" (387).

Czerwień z macierzy wylała się lata temu na obszar Krainy Śniegów - dwuznaczność tego koloru, oprócz bezterminowego komunizmu, każe też przywoływać obraz krwi panoszącej się na – nie  zawsze czystym – ale śniegu.

"Czerwony Tybet" to bardzo aktualna pozycja dla zaciekawionych, zainspirowanych lub już głęboko zakorzenionych w tematyce Tybetu. Rzetelność, bezpośredniość, obrazowość – słowa te można mnożyć, lepiej jednak sięgnąć po ww. pozycję. Po jej przeczytaniu da się raczej odczuć bezkierunkową, acz bogatą refleksję. Zachęcam do oddzielenia w niej faktycznych ziaren od mitycznych plew.

JC